Zbliża się jesień. Niestety. Nie ma już spania przy szeroko otwartym oknie, umierania z powodu wysokich temperatur, kąpania się w jeziorze, basenie. Jest za to zbliżające się przeziębienie!
Z okazji powrotu do domu miałam zrobić sobie na śniadanie naleśniki, ale standardowo nie wyszły, więc owsianka jak zwykle przyszła z pomocą! Wyszła rzadka, więc zagęściłam ją kaszą kukurydzianą i wyszła bardzo dobra. Do tego ukochane brzoskwinie, mus z papierówek(posypałam go cynamonem), który został po tym, jak Mama robiła przetwory, mieszanka ziarenek
Euforia i
orzechy laskowe. Zjedzone na balkonie.
Przez trzy dni gościłam u mojej kuzynki, więc nie pojawiła się
Roślinna Sobota. Nie mam nawet jak jej nadrobić, bo nie miałam możliwości zrobienia zdjęcia. Musicie mi wybaczyć. Starałam się trzymać diety roślinnej, ale nie zawsze wychodziło. W domu zawsze jest lżej.
No i ostatnia wiadomość, oczywiście bardzo osobista. W końcu mogę odetchnąć z ulgą. Od początku wakacji aż do wczoraj codziennie budziłam się ze świadomością, że może Jej zabraknąć... Wcale nie wyolbrzymiam. Przeczytajcie, co mi się przytrafiło i jak bardzo mnie to zmieniło...
W pierwszy dzień wakacji poszła do szpitala, gdzie musieli Ją dokładnie zbadać. Oczywiście została wypisana ze szpitala ,,ze znakiem zapytania", bo lekarze nie wiedzieli, co Jej dolega, podejrzewali chłoniaka, ale nie chcieli nic robić, więc została skierowana do Centrum Onkologii, gdzie Ją przebadali. Została wypisana w dobrym stanie, ale wciąż nie było wiadomo, co Jej dolega. Lekarze kazali zgłosić się 11 sierpnia po odbiór wyników badań.
Ale od początku.
Nie było łatwo. Początki były najgorsze, wtedy, w pierwszych dniach wakacji, gdy zajmowałam się domem. Oczywiście, każdy miał swoje obowiązki. Ja prasowałam, zmywałam, sprzątałam, Tata gotował, Siostra też zajmowała się jakimiś drobiazgami. Wieczory nie były łatwe, wtedy najbardziej cisnęły mi do oczu łzy, ale powtarzałam sobie, że nie mogę płakać, bo co mi da płacz? A jak potem będzie gorzej, to co wtedy zrobię? Trzeba się wziąć w garść. Mimo wszystko bolała mnie świadomość, że leży Tam, z daleka od swojego domu, łóżka, leży na niewygodnym materacu, przykryta kocem, w ręku wenflon. Kilogramy spadały, dobry humor mnie opuszczał. Wykryto kolejne spuchnięte węzły chłonne pod pachami. Wtedy świat mi się zawalił. To koniec. Jedyne, co mi zostało to pójść do kościoła i się pomodlić. Tylko tyle byłam w stanie zrobić. Chciałam żeby moja modlitwa została wysłuchana, bo w zasadzie nigdy nie byłam dobrym katolikiem. Ten jeden jedyny raz. To właściwie tyle. Nie lubię się obnosić ze swoją wiarą, wolę zachowywać to dla siebie.
Okazało się, że te węzły nie są groźne. Po prostu takie są.
Z Tamtego miejsca przekierowano Ją do Tamtego miejsca. Leżała Tam cztery dni, wykonano różne badania i odesłano do domu. 11 sierpnia pojechałyśmy odebrać wyniki tych badań. Szpik kostny - ok, ale musieli skonsultować jeszcze jedno. Znowu stres. Kazali przyjechać wczoraj. To była kropka nad ,,i".
Jest zdrowa. To nie jest sen. Tamten zły sen się już skończył.
Kocham Cię, Mamo.
Może nie powinnam pisać takich rzeczy na blogu, ale jednak może komuś da to do myślenia. Mi dało, wiele. Wstyd się przyznać, ale zaczęłam Mamę traktować... inaczej. Zawsze byłyśmy w dobrych relacjach, ale zdarzały się gorsze dni. Teraz staram się żeby takich nie było.