środa, 30 lipca 2014

Najprostszy gotowany serniczek


 W lodówce znalazłam kostkę twarogu, której kończyła się ważność. Podjęłam decyzję, że ugotuję sobie serniczek!
Oczywiście wcale nie przeszkadzało mi to, że na zewnątrz upał, termometr prawie pękał. Serniczek można ugotować, wstawić do lodówki, a w międzyczasie wziąć prysznic i wypić herbatę, a potem... zjeść sernik prosto z lodówki. Chociaż mi nie przeszkadza taki lekko ciepły.


Składniki:

*kostka twarogu
*odrobina mleka, ewentualnie jogurtu naturalnego
* żółtko

*porządna łyżka proszku budyniowego(ja użyłam śmietankowego)
*mleko
*białko
*coś do posłodzenia

Kostkę twarogu wymieszać z mlekiem i żółtkiem, przelać do rondelka i gotować na małym ogniu. W międzyczasie wymieszać budyń z mlekiem i całą masę przelać do twarogu. Zagotować, dodać białko, intensywnie mieszać. Na końcu dodać coś do posłodzenia. Ja nie słodziłam.
Podałam z suszoną żurawiną, suszonymi bananami, suszonymi morelami i przepyszną mieszanką ziarenek Cynamonowy Raj od Ziarenkowo..

wtorek, 29 lipca 2014

Herbata Sirocco


 Dzięki uprzejmości sklepu Sirocco Tea mam możliwość testowania herbaty. Serdecznie dziękuję!
Przyznam szczerze, że herbatę uwielbiam pod każdą postacią i w mojej szafce znajduję się mnóstwo pudełeczek z tym najwspanialszym trunkiem. Swoją drogą mój organizm toleruje wodę niegazowaną, kawę i herbatę - najlepiej zieloną, choć czerwoną nie pogardzę. Tak samo jest z moją Mamą(właściwie było, bo przez problemy z przyswajalnością żelaza musi unikać herbaty). 


 Jestem wielbicielką rzeczy pięknych, więc to przede wszystkim opakowanie podbiło moje serce, które kryje w sobie uroczą torebeczkę z wyjątkową zawartością. Mama skosztowała Ceylon Sunrise i bardzo jej smakowała, zaś ja wypróbowałam Rooibos Tangerine oraz Yellow Wish. Ta druga była przepyszna! Myślę, że zdecyduję się na pełnowymiarowy produkt. Moim zdaniem to świetne połączenie zielonej herbaty i mango, które uwielbiam!



 Cena herbaty to 59 zł. Dostępne są saszetki oraz puszki. Moim zdaniem naprawdę warto je zakupić. Świetnie sprawdzą się również w roli prezentu dla herbatoholika!

Pozdrawiam

#5 Wymądrzenia: blogerzy i zarobki

 Ten wpis pojawił się w tamtym tygodniu, ale ze względu na to, że spotkał się on z wielkim oburzeniem, postanowiłam go usunąć. I po co? Bo komuś się nie spodobało to, że mam własne zdanie? 



 Przyznam szczerze, że trochę dziwnie mi pisać na ten temat, gdyż jest on dosyć… kontrowersyjny? Nie wiem, jak to nazwać. W każdym razie są zwolennicy i przeciwnicy zarabiania na blogu. Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała.
Oczywiście nie bierzcie tego tekstu bardzo do siebie, bo nie mam tu na myśli wszystkich blogów. Jasne, sama nie mam wielkiego doświadczenia, ale czy nie mam prawa wyrażać swojego zdania?
 Sama kiedyś byłam wielką przeciwniczką. Myślałam sobie: ,,Haha, jak to? Nie dość, że wykonuje takie banalne zajęcie to jeszcze kasę ciągnie, w d*pach się poprzewracało”(wybaczcie za ten wulgaryzm). Tak właśnie myślałam, gdy jeszcze nie prowadziłam bloga(albo gdy prowadziłam tak beznadziejnego bloga, że pojawienie się notki było cudem, nie wspominając już o jej temacie, bo byście mnie wyśmiali).
 Gdy założyłam Śniadanie u Lar zaczęłam stopniowo zmieniać zdanie. Co jak co, ale to wymaga i czasu, i chęci… Też trzeba zainwestować w prowadzenie ciekawego bloga i niekoniecznie mowa jest tutaj o pieniądzach. Zleciały trzy miesiące, a mój mały kawałek w Internetach zdobył najlepsze grono czytelników, więc ja sama zaczynam więcej od siebie wymagać, a także więcej… dawać(czy coś takiego).
Tutaj nasuwa mi się jedna myśl sprzed kilku miesięcy. Dlaczego wcześniej byłam tak bardzo przeciwna zarabianiu na blogu(albo współpracy blogerów)? To też w pewnym sensie praca. Jeżeli ktoś jest sprzątaczką, nauczycielem, lekarzem… to czemu nie krytykuje się takich ludzi? To jest logiczne – takie osoby wykonują pracę, inwestują swój czas(w przypadku niektórych zawodów nawet lata nauki), więc dostają zapłatę za swoje zajęcie. Blogerzy też należą do takiego grona – wszakże zrobienie ładnego zdjęcia, przeróbka graficzna, napisanie wpisu i wiele innych zajęć też wymaga czasu. Nie wspomnę już o tym, że wiele blogerów inwestuje np. w sprzęt, czy kursy…A ludzi i tak krytykują, gdy widzą, że ktoś tam nawiązał współpracę z jakąś firmą i dostaje darmowe produkty(dla wyjaśnienia: współpraca polega na wzajemnej reklamie) albo wyświetla reklamy i zarabia kokosy. I niech zarabia, kto mu zabroni?
Mimo wszystko do ludzi to nie dociera. Zawsze znajdą sposób żeby kogoś skrytykować. Dlaczego?
Odpowiedź jest jedna: zazdrość(jasne, ja też zazdrościłam). I nadal czasami cicho wzdycham, ale wiem, że inni zasługują na to swoją ciężką pracą.
Ja zupełnie nie umiem tego zrozumieć. Każdy w każdej chwili może założyć bloga i przelewać na niego swoje myśli, dzielić się z innymi. Niektórym przydaje się dar pisania o niczym(o tak, usłyszałam to od mojej ukochanej polonistki), zainwestować swój czas i działać! W czym tkwi Wasz problem, Internetowi Napinacze? 
 Nie myślcie sobie, że założyłam bloga tylko dla celów zarobkowych(o rany, ja nawet nie zarabiam na blogu). Oczywiście, fajnie jest dostawać pieniądze za coś, co się LUBI robić.
 W porządku, moi drodzy. Nie uważam, że mój blog jest wyjątkowy, moim zdaniem on nawet nie zasługuje na miano dobrego bloga. Jednak przyznam, że bardzo lubię gotować, robić zdjęcia, ,,dopieszczać je” i dzielić się moimi pomysłami z innymi. Wcześniej wspomniałam o blogach, które publikują banalne przepisy, ale sobie darowałam.
 Reasumując. Każdy może założyć (ciekawego)bloga. Jasne, że każdy może krytykować, ale pod warunkiem jeśli krytyka jest uzasadniona(i wcale nie trzeba być mistrzem w danej dziedzinie). Ja jako wielki hejter zobaczyłam, że prowadzenie bloga wcale nie jest łatwe.

PS. Darujcie sobie anonimowe komentarze. Jak jesteście tacy odważni to komentujcie z normalnych kont, albo się podpisujcie, czy coś takiego.

Ah, prawie bym zapomniała. Wielkie podziękowania dla oli Fiolki i dla Kurczaka. To dzięki Nim ten wpis znowu się tu pojawił.

sobota, 19 lipca 2014

Słoneczna gryczanka


 Ale ciepło!
Na ratunek przychodzą płatki gryczane. Warto ich wypróbować w szczególności w taki upalny dzień. Wystarczy zalać płatki wodą, ewentualnie mlekiem, sokiem etc. Na koniec dodać ulubione dodatki. Ja dzisiaj postawiłam na brzoskwinię, suszoną żurawinę i mieszankę nasion od ziarenkowa


piątek, 18 lipca 2014

Współpraca


 Wczoraj doszła do mnie paczka od https://www.facebook.com/ziarenkowo - także zapraszam Was do zapoznania się z asortymentem. Myślę, że kopiowanie tego, co już autorzy napisali jest zbędne.
Aczkolwiek bardzo się cieszę z tej współpracy, mimo że produktów jeszcze nie próbowałam(co, wstrzymywałam się ze zdjęciami!). Opakowanie zachęca - minimalistyczne, czyli to, co Karolcia lubi najbardziej!
W każdym razie chcę tu wspomnieć o twórcach. Naprawdę mogę polecić, bo Pani, która ze mną korespondowała jest bardzo miłą i uprzejmą osobą! Oby więcej takich osób.

PS. W tym tygodniu nie było Wymądrzeń, bo nie miałam pomysłów. A teraz już mam. I to dwa! Ale to dopiero w następnym tygodniu.
Mało mnie na blogu ostatnio, bo w wakacje mam za dużo czasu wolnego i mi się w głowie przewraca. To pewnie od słońca. 

czwartek, 17 lipca 2014

Nocne ciasto drożdżowe


 Przyznać się! Kto nie próbował? Jeżeli są takie osoby to radzę Wam nadrobić straty. Ciasto jest banalnie proste - pisze to osoba, która boi się dotknąć drożdży. W dodatku zdradzę Wam, że ciasto właściwie robi się same. Zachęceni?

O nocnym cieście drożdżowym wspomniała kiedyś tam koleżanka mojej mamy. Tak zachęcająco opisywała to ciasto, że miałam ochotę zrobić je już w tamtej chwili. Niestety ograniczył mnie brak składników.
Jednak uzupełniłam zapasy i już wczoraj wieczorem przygotowałam składniki, które przez noc się wymieszały. Rano wystarczy dodać mąkę, wyrobić ciasto i wstawić do piekarnika.
Naprawdę polecam.

Składniki:

5 jajek
szklanka cukru(można więcej, jeśli ktoś lubi słodkie)
2 szklanki mleka
paczka świeżych drożdży
kostka margaryny
4 szklanki mąki

Wszystkie składniki oprócz mąki wrzucić do miski. Przykryć ściereczką na noc. Rano dodać mąkę i wyrobić ciasto. Dodatki można dobierać dowolnie. Ja postawiłam na maliny i jagody.
Piec w formie wyłożonej pergaminem przez około godzinę w 160*. 

Smacznego ;)



poniedziałek, 14 lipca 2014

Sernikoszarlotka



 Nie potrafię wymyślić innej nazwy dla tego deseru, więc będzie sernikoszarlotka. 
Jak nazwa wskazuje jest to połączenie sernika i szarlotki, czyli moich dwóch ulubionych ciast. Szarlotka bardzo kojarzy mi się z jesienią, ale to tylko delikatne wykończenie, bo to masa serowa odgrywa tu główną rolę.
Sernikoszarlotka to super rozwiązanie zarówno jako śniadanie, jak i deser. Jest czasochłonna, ale można ją przygotować wieczorem, a rano ją zjeść. Możliwe, że zaskoczy innych, gdy przygotujecie ją jako deser. Polecam podawać ją właśnie w takich szklaneczkach, bo masa serowa nie jest gęsta. W zasadzie można użyć żelatyny albo pokombinować. W każdym razie mi odpowiada ta płynna konsystencja. 
Ah, prawie bym zapomniała. Deser jest bezglutenowy. Całkiem przypadkowo, bo uwielbiam kaszę kukurydzianą. Takie połączenie manny i jaglanej. Oczywiście możecie użyć dowolnej kaszy, a nawet zrezygnować ze spodu, ewentualnie użyć zmiksowanych ciastek... Do wyboru, do koloru. Ja polecam kaszę kukurydzianą. Warto wypróbować.


Składniki

spód:
2 łyżki kaszy kukurydzianej
woda

masa serowa:
50 g twarogu(ja używam w kostce, chudego)
łyżka jogurtu naturalnego
żółtko
ubite białko
łyżka miodu(albo innego słodzidła)
łyżeczka cukru waniliowego(opcjonalnie)

mus szarlotkowy:

jabłko
woda
łyżka cynamonu
garstka żurawiny

Kaszę ugotować. Odstawić do przestudzenia.
Twaróg wymieszać z jogurtem, dodać żółtko, ubite białko i miód. Odstawić do lodówki w celu schłodzenia.
Jabłko udusić z żurawiną. Gdy jabłka będą miękkie zgnieść je widelcem na mus(nadmiar wody odsączyć) i wymieszać z cynamonem.
Na dnie szklaneczki ułożyć kaszę, zalać masą serową i dodać mus. Ponownie schłodzić.

Smacznego ;)


piątek, 11 lipca 2014

Drożdżowe gofry


 Są! Nareszcie są!
Nie spodziewałam się, że kiedyś będę eksperymentowała z drożdżami. Ciasto drożdżowe wydawało mi się dosyć skomplikowane. Jednak nadszedł czas, kiedy miałam kuchnie tylko dla siebie! I to przez dwa tygodnie! Stwierdziłam, że muszę to wykorzystać. 
Najpierw były buły drożdżowe, potem rogaliki, jagodzianki... Znikały w tak szybkim tempie, że nawet nie zrobiłam im zdjęć.
 Z goframi drożdżowymi wyszło bardzo spontanicznie. Akurat tego dnia zrobiłam pankejki, które mi nie wyszły i wtedy z nieba spadł mi przepis na gofry. Już wcześniej miałam na nie ochotę, więc musiałam spróbować. Trochę się bałam, ale były pyszne. Wczoraj powtórzyłam eksperyment ze zwiększoną ilością składników. 
W smaku przypominają trochę pączki, trochę bułeczki... Ja uwielbiam smarować je serkiem kremowym, ale na słodko też są super! 
Zresztą... co ja Wam będę mówiła? Spróbujcie koniecznie!

Przepis pochodzi stąd, ja podaję od razu zwiększoną ilość składników, bo są przepyszne nawet na następny dzień. Jednak musicie wiedzieć, że niekoniecznie mogą przetrwać do następnego dnia ;)

Składniki:

15 g drożdży
łyżeczka cukru
duża łyżka oliwy z oliwek(można użyć oleju)
3/4 szklanki mleka
szklanka mąki 

Drożdże rozpuścić w letnim mleku. W miseczce wymieszać mąkę z cukrem, dodać rozpuszczone drożdże i oliwę. Dokładnie wymieszać i odstawić miseczkę przykrytą ściereczką w suche miejsce na 15 minut. 
Gofry piec w dobrze rozgrzanej gofrownicy*(ewentualnie lekko natłuścić) przez 5-7 min(można nawet 10, jeśli macie słaby sprzęt).
Nie ma się czego bać. Jeżeli dobrze przygotujecie gofrownicę gofry ,,same będą się wyjmować". 



Smacznego!

*Warto długo rozgrzewać gofrownicę. Ja nagrzewam swoją nawet 20 minut, dzięki czemu gofry wychodzą, jak wychodzą ;). 

środa, 9 lipca 2014

#4 Wymądrzenia: historia mojego gotowania

Nie wierzę, że to już czwarta część Wymądrzeń! Dzisiaj będzie trochę inaczej - odrobina głupich wytłumaczeń, podziękowań, wspomnień... Nie każdy musi to czytać, bo to typowo osobisty wpis. Jednak jeśli ktoś chce to śmiało. Ostrzegałam.

Upał na zewnątrz, więc to idealny moment żeby wstawić zdjęcie zimowe, a przy okazji poznajcie kawałek mojego miejsca ,,pracy": TUTAJ JEM
 Lipiec. Wakacje. Część z Was pewnie wyjechała albo ma plan wyjechać, a może pracujecie, czy coś takiego. Ja stwierdziłam, że wakacje to świetny czas na… naukę. Pomijając fakt, że od września będę w klasie maturalnej i uczę się zawzięcie angielskiego i francuskiego, dużo czasu poświęcam gotowaniu.

,,Zrób kolaż, bo i tak nie masz co wstawić" - powiedział mój mózg
 Może nie uwierzycie, ale gdy byłam jeszcze w gimnazjum prawie podpaliłam kuchnię. Zaczęło się od tego, że chciałam odgrzać kotlety na obiad, a potem… zobaczyłam kopcącą się ścierkę. Nie wspomnę o tym, jak wiele razy przypaliłam mleko, spaliłam konkretnie ciastka(zapomniałam o nich) i wiele, wiele innych. Mimo tych porażek zawsze siedziała we mnie dziwna siła albo fascynacja, nie wiem. W każdym razie uwielbiałam(i uwielbiam nadal) przesiadywać z Mamą w kuchni i przyglądać się Jej gotowaniu. Pewnego dnia pomyślałam ,,też tak chcę, też chcę tak gotować”(co jak co, ale moja Mama jest moim mistrzem). Stwierdziłam, że może mi się udać – w końcu kiedyś zrobiłam pyszny blok czekoladowy(faktycznie, bardzo trudny w przygotowaniu) albo ciastka owsiane, czyli dwa desery, które pamiętają jeszcze czasy PRL-u.

Owsiane kulki, o których wspominałam
 W końcu przyszedł nowy rok i gdzieś w okolicach 1 stycznia stwierdziłam, że moim małym postanowieniem noworocznym będzie nauczyć się gotować, ale tak na poważnie. Uwierzcie, że zaczęłam bardzo poważnie. Zachciało mi się jakiś rogalików, ale przyznam, że potwornie bałam się kombinować z ciastem drożdżowym, gdy widziałam, jak Mama z nim ,,walczyła”. No i wyszukałam w sieci przepis na twarogowe.
Szczerze? Klęska. Nic więcej nie dodam.
Następną próbą nauki były sławne kokosanki. Szukałam, szukałam i znalazłam najprostszy przepis. Wyszły super. Mama zachwala, Tata też, Siostra zjada, jest fajnie, czuję się zmotywowana do dalszych działań.
 I tak sobie eksperymentuję. Nie zawsze jest kolorowo, zdarzają się potyczki i dołujące teksty Mamy w stylu ,,daj sobie spokój z tym gotowaniem” albo ,,ty to już lepiej nic nie gotuj”. Pamiętam taki jeden incydent, dzień przed moimi osiemnastymi urodzinami stwierdziłam, że wyręczę moją Mamę i upiekę babeczki(gotowiec). Nie dysponuję formą na muffiny, więc piekłam je na nierównej blaszce. To był chyba najgorszy zakalec w moim życiu.
Żeby nie było, mam też miłe wspomnienia. W szczególności jedno, gdy zrobiłam idealne gofry. Tak idealne, że nawet nad morzem takich nie zjecie.
 Tak sobie gotowałam, tak szukałam przepisów w sieci. W końcu nadszedł dzień, w którym zapragnęłam pisać bloga(dobra, miałam wiele blogów i wszystkie okazywały się niewypałem). Pomyślałam, że skoro tak lubię kombinować ze śniadaniami to mogłabym się dzielić nimi z innymi. Poza tym to mogłaby być taka mała motywacja i nauka regularności i takie tam, wiecie.
 Jest blog, są wpisy, jest motywacja no i najważniejsze, że są CZYTELNICY. Czytelnicy tacy prawdziwi, a nie ,,super blog obserwuje i licze na rewanz”(denerwowało mnie to w poprzednich blogach).
 Nie uważam się za jakiegoś guru, nie uważam, że odniosłam sukces. Mój blog ma ponad trzy miesiące i cały czas się rozwija, a ja chcę więcej, choć sama jeszcze nie wiem co dokładnie. Każdego dnia zapisuję do swojego zeszytu wiele ciekawych potraw, odwiedzam mnóstwo fajnych blogów i zdarza mi się nawet je skomentować! Lubię poznawać, lubię się uczyć, a przede wszystkim lubię się odwdzięczać i dawać z siebie tyle, ile mogę dać.
Wiecie co? Przez prowadzenie bloga zyskałam nowe hobby. Nie wiąże z nim przyszłości, ale to bardzo fajne zajęcie.
 A na zakończenie kilka zdjęć, które obrazują moje ,,profesjonalne" pichcenie. 








I to tyle. 

Pozdrawiam ;)