czwartek, 17 lipca 2014

Nocne ciasto drożdżowe


 Przyznać się! Kto nie próbował? Jeżeli są takie osoby to radzę Wam nadrobić straty. Ciasto jest banalnie proste - pisze to osoba, która boi się dotknąć drożdży. W dodatku zdradzę Wam, że ciasto właściwie robi się same. Zachęceni?

O nocnym cieście drożdżowym wspomniała kiedyś tam koleżanka mojej mamy. Tak zachęcająco opisywała to ciasto, że miałam ochotę zrobić je już w tamtej chwili. Niestety ograniczył mnie brak składników.
Jednak uzupełniłam zapasy i już wczoraj wieczorem przygotowałam składniki, które przez noc się wymieszały. Rano wystarczy dodać mąkę, wyrobić ciasto i wstawić do piekarnika.
Naprawdę polecam.

Składniki:

5 jajek
szklanka cukru(można więcej, jeśli ktoś lubi słodkie)
2 szklanki mleka
paczka świeżych drożdży
kostka margaryny
4 szklanki mąki

Wszystkie składniki oprócz mąki wrzucić do miski. Przykryć ściereczką na noc. Rano dodać mąkę i wyrobić ciasto. Dodatki można dobierać dowolnie. Ja postawiłam na maliny i jagody.
Piec w formie wyłożonej pergaminem przez około godzinę w 160*. 

Smacznego ;)



poniedziałek, 14 lipca 2014

Sernikoszarlotka



 Nie potrafię wymyślić innej nazwy dla tego deseru, więc będzie sernikoszarlotka. 
Jak nazwa wskazuje jest to połączenie sernika i szarlotki, czyli moich dwóch ulubionych ciast. Szarlotka bardzo kojarzy mi się z jesienią, ale to tylko delikatne wykończenie, bo to masa serowa odgrywa tu główną rolę.
Sernikoszarlotka to super rozwiązanie zarówno jako śniadanie, jak i deser. Jest czasochłonna, ale można ją przygotować wieczorem, a rano ją zjeść. Możliwe, że zaskoczy innych, gdy przygotujecie ją jako deser. Polecam podawać ją właśnie w takich szklaneczkach, bo masa serowa nie jest gęsta. W zasadzie można użyć żelatyny albo pokombinować. W każdym razie mi odpowiada ta płynna konsystencja. 
Ah, prawie bym zapomniała. Deser jest bezglutenowy. Całkiem przypadkowo, bo uwielbiam kaszę kukurydzianą. Takie połączenie manny i jaglanej. Oczywiście możecie użyć dowolnej kaszy, a nawet zrezygnować ze spodu, ewentualnie użyć zmiksowanych ciastek... Do wyboru, do koloru. Ja polecam kaszę kukurydzianą. Warto wypróbować.


Składniki

spód:
2 łyżki kaszy kukurydzianej
woda

masa serowa:
50 g twarogu(ja używam w kostce, chudego)
łyżka jogurtu naturalnego
żółtko
ubite białko
łyżka miodu(albo innego słodzidła)
łyżeczka cukru waniliowego(opcjonalnie)

mus szarlotkowy:

jabłko
woda
łyżka cynamonu
garstka żurawiny

Kaszę ugotować. Odstawić do przestudzenia.
Twaróg wymieszać z jogurtem, dodać żółtko, ubite białko i miód. Odstawić do lodówki w celu schłodzenia.
Jabłko udusić z żurawiną. Gdy jabłka będą miękkie zgnieść je widelcem na mus(nadmiar wody odsączyć) i wymieszać z cynamonem.
Na dnie szklaneczki ułożyć kaszę, zalać masą serową i dodać mus. Ponownie schłodzić.

Smacznego ;)


piątek, 11 lipca 2014

Drożdżowe gofry


 Są! Nareszcie są!
Nie spodziewałam się, że kiedyś będę eksperymentowała z drożdżami. Ciasto drożdżowe wydawało mi się dosyć skomplikowane. Jednak nadszedł czas, kiedy miałam kuchnie tylko dla siebie! I to przez dwa tygodnie! Stwierdziłam, że muszę to wykorzystać. 
Najpierw były buły drożdżowe, potem rogaliki, jagodzianki... Znikały w tak szybkim tempie, że nawet nie zrobiłam im zdjęć.
 Z goframi drożdżowymi wyszło bardzo spontanicznie. Akurat tego dnia zrobiłam pankejki, które mi nie wyszły i wtedy z nieba spadł mi przepis na gofry. Już wcześniej miałam na nie ochotę, więc musiałam spróbować. Trochę się bałam, ale były pyszne. Wczoraj powtórzyłam eksperyment ze zwiększoną ilością składników. 
W smaku przypominają trochę pączki, trochę bułeczki... Ja uwielbiam smarować je serkiem kremowym, ale na słodko też są super! 
Zresztą... co ja Wam będę mówiła? Spróbujcie koniecznie!

Przepis pochodzi stąd, ja podaję od razu zwiększoną ilość składników, bo są przepyszne nawet na następny dzień. Jednak musicie wiedzieć, że niekoniecznie mogą przetrwać do następnego dnia ;)

Składniki:

15 g drożdży
łyżeczka cukru
duża łyżka oliwy z oliwek(można użyć oleju)
3/4 szklanki mleka
szklanka mąki 

Drożdże rozpuścić w letnim mleku. W miseczce wymieszać mąkę z cukrem, dodać rozpuszczone drożdże i oliwę. Dokładnie wymieszać i odstawić miseczkę przykrytą ściereczką w suche miejsce na 15 minut. 
Gofry piec w dobrze rozgrzanej gofrownicy*(ewentualnie lekko natłuścić) przez 5-7 min(można nawet 10, jeśli macie słaby sprzęt).
Nie ma się czego bać. Jeżeli dobrze przygotujecie gofrownicę gofry ,,same będą się wyjmować". 



Smacznego!

*Warto długo rozgrzewać gofrownicę. Ja nagrzewam swoją nawet 20 minut, dzięki czemu gofry wychodzą, jak wychodzą ;). 

środa, 9 lipca 2014

#4 Wymądrzenia: historia mojego gotowania

Nie wierzę, że to już czwarta część Wymądrzeń! Dzisiaj będzie trochę inaczej - odrobina głupich wytłumaczeń, podziękowań, wspomnień... Nie każdy musi to czytać, bo to typowo osobisty wpis. Jednak jeśli ktoś chce to śmiało. Ostrzegałam.

Upał na zewnątrz, więc to idealny moment żeby wstawić zdjęcie zimowe, a przy okazji poznajcie kawałek mojego miejsca ,,pracy": TUTAJ JEM
 Lipiec. Wakacje. Część z Was pewnie wyjechała albo ma plan wyjechać, a może pracujecie, czy coś takiego. Ja stwierdziłam, że wakacje to świetny czas na… naukę. Pomijając fakt, że od września będę w klasie maturalnej i uczę się zawzięcie angielskiego i francuskiego, dużo czasu poświęcam gotowaniu.

,,Zrób kolaż, bo i tak nie masz co wstawić" - powiedział mój mózg
 Może nie uwierzycie, ale gdy byłam jeszcze w gimnazjum prawie podpaliłam kuchnię. Zaczęło się od tego, że chciałam odgrzać kotlety na obiad, a potem… zobaczyłam kopcącą się ścierkę. Nie wspomnę o tym, jak wiele razy przypaliłam mleko, spaliłam konkretnie ciastka(zapomniałam o nich) i wiele, wiele innych. Mimo tych porażek zawsze siedziała we mnie dziwna siła albo fascynacja, nie wiem. W każdym razie uwielbiałam(i uwielbiam nadal) przesiadywać z Mamą w kuchni i przyglądać się Jej gotowaniu. Pewnego dnia pomyślałam ,,też tak chcę, też chcę tak gotować”(co jak co, ale moja Mama jest moim mistrzem). Stwierdziłam, że może mi się udać – w końcu kiedyś zrobiłam pyszny blok czekoladowy(faktycznie, bardzo trudny w przygotowaniu) albo ciastka owsiane, czyli dwa desery, które pamiętają jeszcze czasy PRL-u.

Owsiane kulki, o których wspominałam
 W końcu przyszedł nowy rok i gdzieś w okolicach 1 stycznia stwierdziłam, że moim małym postanowieniem noworocznym będzie nauczyć się gotować, ale tak na poważnie. Uwierzcie, że zaczęłam bardzo poważnie. Zachciało mi się jakiś rogalików, ale przyznam, że potwornie bałam się kombinować z ciastem drożdżowym, gdy widziałam, jak Mama z nim ,,walczyła”. No i wyszukałam w sieci przepis na twarogowe.
Szczerze? Klęska. Nic więcej nie dodam.
Następną próbą nauki były sławne kokosanki. Szukałam, szukałam i znalazłam najprostszy przepis. Wyszły super. Mama zachwala, Tata też, Siostra zjada, jest fajnie, czuję się zmotywowana do dalszych działań.
 I tak sobie eksperymentuję. Nie zawsze jest kolorowo, zdarzają się potyczki i dołujące teksty Mamy w stylu ,,daj sobie spokój z tym gotowaniem” albo ,,ty to już lepiej nic nie gotuj”. Pamiętam taki jeden incydent, dzień przed moimi osiemnastymi urodzinami stwierdziłam, że wyręczę moją Mamę i upiekę babeczki(gotowiec). Nie dysponuję formą na muffiny, więc piekłam je na nierównej blaszce. To był chyba najgorszy zakalec w moim życiu.
Żeby nie było, mam też miłe wspomnienia. W szczególności jedno, gdy zrobiłam idealne gofry. Tak idealne, że nawet nad morzem takich nie zjecie.
 Tak sobie gotowałam, tak szukałam przepisów w sieci. W końcu nadszedł dzień, w którym zapragnęłam pisać bloga(dobra, miałam wiele blogów i wszystkie okazywały się niewypałem). Pomyślałam, że skoro tak lubię kombinować ze śniadaniami to mogłabym się dzielić nimi z innymi. Poza tym to mogłaby być taka mała motywacja i nauka regularności i takie tam, wiecie.
 Jest blog, są wpisy, jest motywacja no i najważniejsze, że są CZYTELNICY. Czytelnicy tacy prawdziwi, a nie ,,super blog obserwuje i licze na rewanz”(denerwowało mnie to w poprzednich blogach).
 Nie uważam się za jakiegoś guru, nie uważam, że odniosłam sukces. Mój blog ma ponad trzy miesiące i cały czas się rozwija, a ja chcę więcej, choć sama jeszcze nie wiem co dokładnie. Każdego dnia zapisuję do swojego zeszytu wiele ciekawych potraw, odwiedzam mnóstwo fajnych blogów i zdarza mi się nawet je skomentować! Lubię poznawać, lubię się uczyć, a przede wszystkim lubię się odwdzięczać i dawać z siebie tyle, ile mogę dać.
Wiecie co? Przez prowadzenie bloga zyskałam nowe hobby. Nie wiąże z nim przyszłości, ale to bardzo fajne zajęcie.
 A na zakończenie kilka zdjęć, które obrazują moje ,,profesjonalne" pichcenie. 








I to tyle. 

Pozdrawiam ;)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Bezglutenowe muffinki z jagodami


 Nie byłam przekonana do diety bezglutenowej. Właściwie uważałam, że niektórzy zaczęli sobie wymyślać uczulenia na gluten albo inne choroby, np. celiakie. Nadal tak uważam i nie sądzę, żebym szybko zmieniła zdanie. Ja uwielbiam chleb, nie wspomnę już o przepysznych grahamkach z chrupiącą skórką. 
 Jednak nadszedł taki dzień. Zauważyłam, że wiele osób mieli kasze w młynkach do kawy. Trochę mnie to intrygowało, ale jakoś nie ciągnęło do wypróbowania. Ponadto do tematu zaczęłam inaczej podchodzić, gdy moja Mama miała podejrzenia celiakii. W tamtym tygodniu przeszła na płynną dietę, więc o chlebie nie ma mowy. I wiecie co? Schudła dwa kilo w kilka dni, a o problemach z spuchniętym brzuchem nie ma mowy.
No i spróbowałam pokombinować z mieleniem kaszy.
Nie żałuję.

Nieładne zdjęcie nieładnej muffiny - moja siostra posmarowała swoją porcję Nutellą
Moja muffina

 Nie są idealnie miękkie... No dobra, mają twardą skorupę, ale w środku są mięciutkie i puszyste. W smaku są smaczne. Myślałam, że będzie gorzej. Kasza nadaje lekko orzechowego posmaku. Może inaczej smakowałyby bez dodatku mąki kukurydzianej. Nie dodawałam cukru, zastąpiłam go rozgniecionym bananem i miodem, a jednak i tak były mało słodkie.
Żałuję, że krótko mieliłam kaszę - niestety była bardzo wyczuwalna(moja siostra myślała, że ząb jej się pokruszył). Moim zdaniem najlepsze są na ciepło.
 Może mój debiut z bezglutenowymi wypiekami był średni, ale nie poddam się!



  Skorzystałam z tego przepisu. Użyłam 1 i 1/3 szklanki mąki gryczanej(kasza gryczana zmielona w młynku), 1/3 szklanki mąki kukurydzianej i 1/3 szklanki mąki ziemniaczanej, nie użyłam cytryny i zamieniłam proszek do pieczenia na sodę.

PS. Wymądrzenia pojawią się jutro, ewentualnie w środę ;)

Dobra, ja lecę. Czeka mnie dzisiaj chyba ciekawy dzień.


niedziela, 6 lipca 2014

Babeczka z kaszy jaglanej



 Zatrzymałam czas.
Dobrze, że ukochana niedziela w końcu nadeszła. Mogłam trochę pokombinować i poszaleć w kuchni, a uwierzcie, że w końcu mam szansę! Przez ten tydzień nauczyłam się wielu rzeczy, a o tym dowiecie się w następnym tygodniu. 

 No i dzisiaj znalazłam chwilę na przygotowanie sobie dużego kubka wypełnionego wodą z cytryną i miętą. Potem pokombinowałam z kaszą jaglaną, którą ugotowałam wczoraj na wieczór. No dobra, zrobiłam ją z myślą, że może moja Mama skorzysta, gdyż jest teraz na diecie płynnej(myślałam o jakimś budyniu jaglanym), ale nie chciała. Trudno, ja skorzystałam!

 Wygląda jak pudding, ale mi skojarzyła się z babeczką(muffiną, jak kto woli). Nie myślałam długo nad podaniem. W lodówce zalegały jagody, więc wymieszałam je z Bieluchem. Dodałam truskaweczki i banana. Było przepyszne. Mogę powiedzieć, że tydzień kończę bardzo udanym śniadaniem!

 A poza tym: jak mijają Wam wakacje? Mi niestety bardzo kiepsko. Zrezygnowałam z pracy, bo miałam swoje powody, poza tym zastępuję Mamę i w pracy i w domu. Nie narzekam, ale nauczyłam się wielu rzeczy. Wstyd się przyznać, ale w końcu umiem prasować. Na naukę nigdy nie jest za późno.

Miłego dnia



środa, 2 lipca 2014

#1 Miesiąc miodowy: czerwiec


 Wiem, wiem, wiem... To miał być zwykły blog śniadaniowy. Nic więcej. Wpisy miały się pojawiać nieregularnie, spontanicznie. Nic nie planowałam. A jednak blogowanie wciąga i to bardzo. Cóż... apetyt rośnie w miarę jedzenia, czy jakoś tak.

W każdym razie postanowiłam stworzyć kolejną serię postów pt. Miesiąc miodowy(wow, moja kreatywność mnie zachwyca). Początkowo miały się tu znaleźć tylko wydarzenia z minionego miesiąca, jednak stwierdziłam, że nie każdego może to interesować, więc rozbudowałam trochę bardziej serię w taki sposób, aby każdy znalazł coś dla siebie...


Co się działo u Larandil?
Trochę się pochwalę...



1. Zaczęły się wakacje! 


A to oznacza masa wolnego czasu, totalna beztroska, mnóstwo godzin spędzonych na gotowaniu! 
No dobra, kolorowo nie będzie. W wakacje będę pracować, nie planuję żadnego wyjazdu, ale i tak się cieszę, bo będę miała mnóstwo czasu żeby się pouczyć - zarówno do matury jak i pogłębiać swoją wiedzę kulinarną.

2. Wystąpiłam gościnnie w Pytaniu na Śniadanie


Niesamowite przeżycie, aczkolwiek mnóstwo stresu. To wielkie wydarzenie i w czerwcu, i w tym roku, i w moim życiu. Jednak na drugim miejscu, bo wakacje ważniejsze, a poza tym nie lubię się chwalić i wywyższać. 

3. Upiekłam owsiankę i zrobiłam swój pierwszy pudding chlebowy



Przełamałam się i zrobiłam to, co powinnam zrobić już dawno. Domownikom nie smakuje, bo mało słodkie, ale mi to nie przeszkadza. Staram się ograniczać cukier, więc mi takie rzeczy bardzo smakowały.
Nie mogłam się zdecydować, co bardziej mnie zachwyciło, więc wstawiam dwa przepisy.

4. Zaczęłam biegać


 Nie mam żadnego zdjęcia, które mogłoby się wiązać z bieganiem, więc wstawiam krajobraz, który towarzyszy mi zazwyczaj podczas biegu. Wygląda obiecująco, prawda? ;)
Jak zaczęłam? Wstałam, założyłam buty i pobiegłam. Proste.

5. Zmieniłam wygląd bloga. 


 Przyznam się, że dużo czasu poświęciłam na zrobienie szablonu. Chciałam żeby było idealnie. Jest prawie idealnie. Pewnie niedługo wprowadzę nowe zmiany(menu do wymiany, niestety). 
 Poza tym mogę świętować, bo w czerwcu wybiło ponad 5000 tysięcy wyświetleń. Nie spodziewałam się, naprawdę. To dla mnie mały sukces!


Co (nie)smakowało Larandil?
czyli cztery produkty, które mnie oczarowały i jeden, który zawiódł.


 1. Płatki kukurydziane



 Wiem, wiem. Nie należą do superfoods, ale są przepyszne. Kupiłam taką wielką paczkę i bywały dni, że zjadałam po 3 miseczki dziennie. 

2. Truskawki i porzeczki


 Czerwiec to idealny miesiąc dla truskawek. Pochłaniałam je kilogramami. 
Odkryłam również cudowne porzeczki. Nie wiedziałam, że mają takie ciekawe właściwości. Szkoda, że te z krzaczka już zniknęły...

3. Kawa z kakao



 Bardzo posmakowało mi takie połączenie. Jednak mamy lipiec, więc kawa z kakao odstawiam na bok, będę delektować się innym napojem.

4. Kefir

 Pewnie niektórzy z Was pomyślą, że nie mam o czym pisać. Mam. Piszę o kefirze, który naprawdę mnie zauroczył w tym miesiącu. Wykorzystywałam go, jak się dało - miksowałam z truskawkami, mieszałam z twarogiem i galaretką albo piłam solo. 

5. Lody Oreo

 Naprawdę się zawiodłam. Spodziewałam się czegoś lepszego. Nie będę pisać tutaj szczegółowej recenzji, napiszę krótko: nie polecam.

Co oczarowało Larandil w Internetach?

1. Robię małą, ale słuszną reklamę dobremu znajomemu. Od zawsze podziwiałam Rafała i jest on moją motywacją. Polecam poczytać Jego bloga - naprawdę warto. 

2.  W tym blogu  się zakochałam. Proste i smaczne przepisy, a do tego przepiękne zdjęcia. W szczególności polecam ten przepis. 

3. Uwielbiam bloga BLACK DRESSES, a wczoraj autorka dodała bardzo fajny wpis o bieganiu

4. W czerwcu odkryłam jeszcze jednego ciekawego bloga. Zajrzyjcie koniecznie.

5. Nie wszyscy wiedzą, że uwielbiam rysować i łatwo zachwycam się pięknymi ilustracjami. Może i Was zainspiruje blog Oany Befort? 



Ciasteczka owsiane - najprostszy przepis

Ciastka owsiane, grejpfrut, jabłko i lemoniada bazyliowa

 W końcu zrobiłam! Swoje pierwsze owsiane ciasteczka. Jestem z siebie dumna. Są idealne. Najlepiej zrobić je wieczorem, a rano delektować się smakiem ciastek.
 Moja przygoda z ciastkami jest dosyć skomplikowana. Szukałam możliwie najprostszego przepisu(jestem wielką minimalistką w kuchni). Gdy widziałam, że przepis jest skomplikowany i zawiera dużo składników od razu wyłączałam stronę. Nie lubię. Od razu mi się miesza w głowie. Swoją drogą nie rozumiem, dlaczego inni narzucają propozycje dodatków?
Oczywiście nie mam na myśli przepisów specjalnych(np. kokosowe ciasteczka owsiane). Większość przepisów w Internetach zawierała składniki, których ja nie miałam. Przepisu nie znalazłam.
Jednak pewnego dnia ciocia powiedziała, że do ciastek można dodać wszystko. Tylko ona dodaje dużo jajek żeby skleić całość.
 Jeżeli macie w domu nadmiar płatków owsianych nie zastanawiajcie się - bierzcie się do pieczenia.


Przepis bazowy:

*płatki owsiane,
*coś do sklejenia, np. jajko, miód, banan

 Jeżeli chodzi o dodatki ja dodaję wszystko, co mam w szafce. Akurat postawiłam na siemię lniane, kokos, suszone morele, daktyle, migdały... Możliwe, że jeszcze coś dodałam.
Ciastka zjadłam w obecności owoców i pysznej lemoniady bazyliowej z bazylią prosto z ogródka.




PS. Dziękuję bardzo za wszystkie komentarze pod ostatnimi #wymądrzeniami. Jesteście kochani.

wtorek, 1 lipca 2014

#3 Wymądrzenia: zdrowe odżywianie - zdrowy rozsądek

 Pora na kolejne #Wymądrzenia! Tym razem bardzo osobiście. Jeżeli ktoś nie chce nie musi czytać. 
*Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki bądź skonsultuj się z lekarzem.*


 Kochani, nadszedł ten moment, gdy niestety chcę poruszyć tą kwestię. Faktycznie, kilka miesięcy temu moje dziennie menu składało się z płatków śniadaniowych, miliona kanapek, tłustych kotletów, owocowych jogurtów, jakiegoś owocu(od czasu do czasu) oraz hektolitrów kawy i zielonej herbaty. Jednak przyszedł czas, że zaczęłam zwracać uwagę na to, co jem, o czym wspominam, gdzie tylko się da. Powoli, małymi kroczkami wyrzucałam z jadłospisu zbędne rzeczy typu biały chleb, masło… fast food wyeliminowałam bez problemu, za to ze słodyczami mam problem do dnia dzisiejszego. Z czasem zaczęło sprawiać mi to ogromną radochę. Niestety, w moim przypadku powiedzenie ,,wszystko, co dobre szybko się kończy” sprawdziło się.

 Zaczęłam nastawiać budzik kilka minut wcześniej żeby wykonać drobną gimnastykę, w spokoju napić się wody z cytryną, przygotować sobie piękne śniadanie, a następnie je skonsumować.  Później kilka minut poświęcałam na zastanowienie się nad tym, co powinnam wziąć do szkoły żeby było okej i wszystkie węglowodany i te inny sprawy się zgadzały. W porządku, posiłek zaplanowany, godzina też. Ledwo wytrzymuję te trzy godziny do kolejnego posiłku(w szkole jestem potwornie głodna), ale daję radę. Jem. I w głowie wyliczam ile węgli, białka i tłuszczy spożyłam.
Wracam do domu. Nieważne, że zaraz zemdleję z tego głodu. Ziemniaków i tłustego kotleta nie tknę, musi być kasza jaglana albo gryczana, a do tego beztłuszczowa pierś z kurczaka. Mama zdziwiona. Co? Nie mogę zjeść tłuszczu przed treningiem!
Obiad zjedzony, poobiedni odpoczynek zaliczony, czas na trening. Ostry wycisk, ale to dla zdrowia. Po treningu kolejny posiłek. Bez tłuszczu – tylko białko i węgle. A co na kolacje? Tłuszczyk, ale ten zdrowy.
 To wcale nie brzmi idealnie. Tak było, ale przez kilka dni. Później zaczęłam wpadać w obsesję. Po powrocie ze szkoły rzucałam plecak, bo musiałam zrobić trening, bo tak ułożyłam posiłki i koniec. Dopiero po treningu i posiłku wracałam do świata żywych. Były dni, kiedy wracałam zmęczona, ale to nie miało znaczenia – muszę poćwiczyć, bo tak! Najgorsze jednak było idealne pilnowanie godzin posiłków oraz dziwne próby samodzielnego gotowania. Przepraszam, zapomniałam o jednym – wpadki. Zdarzały się grzeszki, ale to każdego dotyka. Nie umiałam sobie z nimi poradzić. Kiedyś na osiemnastce u kolegi tak się najadłam, że rano zobaczyłam na wadze +3kg. Byłam załamana i zaczęłam ćwiczyć. Na czczo. Najgorzej było poradzić sobie z wyrzutami sumienia. Nie docierało do mnie, że to ,,puste kilogramy” z niestrawionego pokarmu.
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zaczęłam wpadać w obsesję. Zdrowe odżywianie sprawiło, że miałam piękną cerę, włosy zaczęły mi szybciej rosnąć, powiem, że czułam się świetnie fizycznie, ale co z tego, skoro zaczęła mi siadać psychika? Pewnie to dla was dziwne, ale mi zdrowe odżywianie zaszkodziło. Bardzo.
 Wiecie co zrobiłam? Powiedziałam o wszystkim Mamie. Nie będę tutaj opowiadać, jak bardzo zrujnowałam sobie życie i zdrowie, ale Jej opowiedziałam. Ze szczegółami. Oczywiście, była zdenerwowana, a potem jeszcze doszły łzy, ale po jakiś 2 godzinach dyskusji doszłyśmy do porozumienia i kazała mi za każdym razem mówić o swoich problemach.

 Wierzę w to, że nie jestem jedyną osobą na świecie, która doprowadziła do takiego stanu. Nie każdy chce o tym rozmawiać, a ja postawiłam na rozmowę. Rozmowa przede wszystkim. Z byle kim. Nie chciałam tego głębić w sobie, bo to jeszcze gorsze.